Badania pod biegunem

25.01.2005

BADANIA POD BIEGUNEM

paleontologia

 

   Łódzcy naukowcy będą prowadzić badania w rejonach polarnych. Jeszcze w tym roku wybierają się na północ do Arktyki i na południe do Antarktyki. Zespół polskich badaczy polarny

ch z Polskiej Akademii Nauk i kilku uniwersytetów otrzymał pieniądze (6 mln zł z Ministerstwa Nauki i Informatyzacji) na realizację dużego programu naukowego. Wiodącą rolę w grupie polskich polarników odgrywają łodzianie – prof. Krzysztof Jażdżewski i prof. Jacek Siciński z Zakładu Biologii Polarnej i Oceanobiologii Uniwersytetu Łódzkiego.  

Życie w rejonach polarnych

   Naukowców czekają dwie wyprawy – latem popłyną w północne regiony podbiegunowe, a pod koniec roku na południe. Statek „Horyzont II” wypłynie z Gdyni. Na pokładzie znajdzie się ok. 25 osób. Jedni będą badać klimat, inni geologię, będą też paleontolodzy. Łodzianie zajmą się biologią. Będą badać, jakie gatunki zwierząt żyją w morzach polarnych i jaka jest ich rola w ekosystemie.

Na północ w rejon Spitsbergenu płynie się niewiele ponad tydzień. O wiele większe przedsięwzięcie to wyprawa na południe. Podróż w jedną stronę trwać będzie około miesiąca. Naukowcy zatrzymają się w stacji polarnej im. H. Arctowskiego na wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych. – Płyniemy w grudniu podczas trwania antarktycznego lata – mówi prof. Jażdżewski. Wtedy na wyspie jest najprzyjemniej. – Przypływają statki z turystami, którzy chętnie odwiedzają polską stację polarną – opowiada profesor. Można spotkać kolonie pingwinów, gdzieniegdzie na skałach zielenią się porosty, a w wilgotnych miejscach mchy i trawa. W stacji polarnej każdy naukowiec ma swój pokój – ok. 5 mkw. Wieczorami można pograć w brydża albo obejrzeć filmy na wideo.  Na wyprawę jadą też lekarz i kucharz. Ten drugi przyrządza jedzenie z zapasów zabranych z Polski. – Może to być nawet schabowy z kapustą – mówi prof. Siciński. – Zapas mrożonego mięsa wiezie się na cały rok. Czasem kucharz na zabranym z Polski zakwasie piecze świeży chleb. Zdarza się też, że na Stacji Arctowskiego ląduje chilijski helikopter. Wtedy można na przykład zamówić świeże owoce.

Skorupiaki i pierścienice

Dni łodzianie będą spędzać na badaniach dna morskiego – pod koniec roku w Zatoce Admiralicji (wyspa Króla Jerzego), a w połowie – w Hornsundzie na Spitsbergenie (północ). Naukowcy sprawdzać będą, co żyje na dnie i w toni wodnej. Jak bada się morze? Na płytkiej wodzie z pontonu lub nurkując. – Wtedy próbki zbiera się rękami albo prostymi narzędziami – opowiada prof. Jażdżewski.  Na głębszej wodzie – do kilkudziesięciu metrów – badania prowadzi się z kutrów. Te wyposażone są w specjalne chwytacze. Niczym szczypce łapią fragment dna z żyjącymi w nim organizmami.
Na najgłębsze wody – 300- 500 m – wypływa się statkiem. Tu używa się cięższego sprzętu połowowego: drag i włoków dennych (metalowa rama z przyczepioną siatką) – ciągniętych po dnie. Na dużych sitach odsiewa się potem osad od zwierząt, które następnie się bada. Prof. Jażdżewski specjalizuje się w skorupiakach obunogich. Badając wody południowe od czterdziestu lat, rozpoznał ich już 130 gatunków. Prof. Siciński bada wieloszczety – morskie pierścienice, spokrewnione z pospolitymi dżdżownicami. Łodzianin znalazł ich w Zatoce Admiralicji ponad 120 gatunków.
Naukowcy UŁ nie wykluczają, że i podczas tegorocznych wypraw odkryją nowe gatunki. Ale – jak mówią – ważny jest też aspekt ilościowy, który może być wskaźnikiem zmian klimatycznych i powiększającej się dziury ozonowej.

Artykuł pochodzi ze stronyhttp://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35153,2511680.html